PSY

Gdy rodzice odeszli i trzeba było podzielić majątek, ubawiliśmy panią notariusz do granic. Wszystko chcieliśmy mieć razem, na każde pytanie o podział odpowiadaliśmy zgodnie: “wspólne”. Na koniec padło pytanie:

  • “A czy coś jeszcze macie państwo w masie spadkowej?”
  • “Tak.”
  • “Co?”
  • “Psa”.
  • “No i co?”
  • “Wspólny!”

Pies mieszka u brata, brat ma dom. Została taka starowinka, już osiemnastoletnia. Głucha, ślepa, ale do miski trafi. Na imię na Panda. Jadąc do domu znalazłam ją na autostradzie pod siatką oddzielającą las od drogi. Dałam jej powąchać dłonie i pomyślałam, że przerzucę ją do lasu przez tę siatkę. Otworzyłam drzwi samochodu, żeby odłożyć torebkę, a ona fik! i mam psa na tylnym siedzeniu.

W domu był już mały pies, a brat miał swoje dwa psy. Mama mówi “nie, nie, nie, nie, ja nie wytrzymam nerwowo, do schroniska!”. Te psy oczywiście wszystkie zwoziliśmy do rodziców na wakacje, więc tam był prawdziwy azyl. Wobec tego ja na to: “Tato, jedziemy do schroniska”. Byliśmy już w połowie drogi do Krakowa, gdy Tato przemówił: “Wiesz, ja to bym tego psa wziął”. Taki był odważny! Po drodze zajechaliśmy do brata, a dzieci, gdy zobaczyły tego zapchlonego pieska, złapały za telefon i ubłagały babcię, żeby pies został z nami. Więc z powrotem wróciłam z Pandą do domu.

Cztery psy, dwa u brata, dwa u rodziców. Gdy mamy do czynienia z takim stadkiem, można prowadzić dogłębne obserwacje społeczne, jak tam się ustawia hierarchia, jak się wszystko kotłuje. Kundel Ramzes, najmniejszy i najstarszy, koszyk miał przy drzwiach. Owczarka niemieckiego trzeba było wynieść, sam obok tego koszyka nie chciał przejść, taki miał respekt przed tym małym kundlem. Kundel był szefem, jadł ze wszystkich 4 misek, ale z jego nikt się nie odważył.

Każdy z tych psów miał swoje upatrzone miejsce i swojego człowieka. Uppsala, sznaucer olbrzym, była zakochana w mojej Mamie, Pytia, owczarek niemiecki, w moim Tacie, Pandusia była prywatnym psem Taty, a Ramzunia to był mój pies. Jeśli siedziała na moich kolanach to zagryzłaby każdego, kto chciałby się do mnie zbliżyć.

 

PTAKI

Dziś jadę na stawy zatorskie. Co roku na długi weekend wyjeżdżam na Podlasie, nad Biebrzę. Tam gonimy po tych polach, rozlewiskach, to nawet spowodowało, że kupiłam wyższe auto, żeby można było jeździć po tych wszystkich miedzach i wertepach. Testowałam ostatnio jego terenowość, ale niestety nie jest tak terenowe jak sobie to wyobrażałam.

To raj dla ornitologów, niestety coraz uboższy. Mamy coraz mniej bocianów. W tym roku na szczęście rozlewiska Biebrzy były szerokie i obserwacja udana.

Jeżdżę też nad ujście Warty w trakcie przelotów żurawi. Są tam wtedy lądowiska dla żurawi i gęsi. To są nieprawdopodobne historie. W jednym miejscu spotyka się 5000 żurawi, które się zlatują i trąbią, słychać cały ten klamor i rejwach w jednym miejscu. Albo gęsi, potrafi ich być 20 tysięcy w trakcie przelotu! Fantastyczne. Naprawdę nieprawdopodobne przeżycie.

W tym roku sezon nad Biebrzą był udany, bo pierwszy raz w życiu “zaliczyłam” zimorodka, czarnego bociana, dudki i dużo batalionów. Bataliony są niezwykłe, każdy jest inaczej ubarwiony. Nawet królowa Wiktoria wyznaczyła nagrodę dla tego, kto jej przyniesie dwa jednakowe bataliony. Do dzisiaj nikt jej nie zdobył. Są to ptaki absolutnie chronione, w Polsce się nie gnieżdżą, przylatują tu jedynie na zaloty, a na lęgi lecą dalej. Niestety nad Biebrzą w zeszłym roku były podobno tylko dwie pary lęgowe, a zatem to jest unikat. W tym roku udało mi się “ustrzelić” kulika wielkiego (tylko 4 pary lęgowe nad Biebrzą), też wielka rzadkość, piękny ptak. Coraz mniej jest rycyków, również wspaniały ptak.

Uczę się, jeżdżę z atlasami, w tych błotnych mi lepiej idzie, w kaczkach też, ale mam jeszcze braki w tzw. unknown little bird, co w wolnym tłumaczeniu oznacza “przylatuje coś małego i co to cholera jest”.

Proszę mi wierzyć, to trzeba przeżyć. Nad Biebrzą jest tzw. carska droga, wybudowana faktycznie przez cara. Ona biegnie przez całą długość parku biebrzańskiego. Jeździ się nią tam i z powrotem i nagle widzi się porzucone samochody, otwarte drzwi, coś się dzieje. Dojeżdżamy powoli i jest! Błotniak stawowy, stoi 10 metrów przy drodze, wszyscy rzucają do siebie lornetkami. Nieprawdopodobne, dorośli ludzie a jak dzieci.

 

KSIĄŻKI

Jestem fanką fantastyki. Czytam Miroslava Žambocha, cykl o Koniaszu. To jest Czech, bardzo ciekawy, podobny do naszego Wiedźmina, ale umówmy się, że to nie jest ta klasa. (Wiedźmin to klasyka, to power!). Zamierzam wgryźć się w Žambocha dokładniej, choć tłumaczenie to nie to samo co czytanie w oryginale. Język czeski jest bardzo zabawny, klan wiedźminów w polskim tłumaczeniu to klan rumelkowy, który oczywiście od razu kojarzy mi się z karmelkowym… To już nie jest dla mnie poważny czarownik!