RODZINA

Moja mama była bardzo aktywną osobą, do końca, niezwykle towarzyską. Kiedyś złamała nogę. Przyjeżdżam do rodziców, a ojciec siedzi w kuchni i mówi tak: “ja nic nie robię tylko jeżdżę po kawę i ciastka!”.

Tato był inżynierem, uwielbiał robić wszelkiego rodzaju tabelki. Przyjeżdżam tydzień później znów do domu, a on: “Czy ty wiesz ile osób odwiedziło matkę w ciągu tych 4 tygodni? 320! A niektórzy byli 3 razy!”.

Mama była nauczycielką, osobą bardzo żywiołową, niesamowicie pracowitą. Gdy odeszła, jej młodsze siostry zachowywały się tak, jakby straciły matkę. Ona dyrygowała wszystkim. Mama szydełkowała, robiła na drutach, gotowała, zaprawiała i we wszystkim była doskonała. Myślę, że kolejnym pokoleniom przekażemy te wszystkie firanki i obrusy, które wytworzyła. Była absolutną perfekcjonistką. Gdy obrabiała dziurkę, potrafiła ją siedem razy wypruć, jeśli ścieg był niezadowalający. Nie było zmiłuj się. Gdy była już starsza i chcieliśmy z bratem zorganizować jej pomoc w sprzątaniu i codziennych pracach, nie pozwoliła. Nie urodził się taki, który by spełniał jej standardy.

Tata z kolei był mistrzem prowizorki. Ale wybitnym. Koleżanka mojej mamy stwierdziła kiedyś, że “owszem, był mistrzem prowizorki, ale jak przylepił zdjęcie na grobie mojego męża to się 30 lat trzymało”. Wszystko było “zrobimy prowizorycznie!”.

Tata mamę balansował, ona była mocną osobowością, ale przeżyli razem 50 lat i myślę, że naprawdę się lubili. Tata odszedł dwa lata po Mamie, chyba właśnie dlatego, że brakowało mu Mamy.

Z moim siostrzeńcem chodziłam do kina. Na Stuarcie Malutkim poniosłam mniejsze straty moralne niż na Pokemonach. Nawet o 12 w nocy na pierwszego Harrego Pottera wykombinowałam bilety i polecieliśmy.

Z bratem wspieramy się mocno. Jesteśmy ze sobą bardzo związani, wielokrotnie wyjeżdżamy razem, rozmawiamy, sprzeczamy się, czasem kłócimy się dramatycznie, bo obydwoje mamy wybuchowe charaktery, więc awantury są dzikie. Ale w ważnych sprawach zawsze murem. Najważniejsza jest rodzina.

Nie mogę zrozumieć ludzi, którzy wydzierają sobie rzeczy, np. kłócą się o spadek. Pieniądze to rzecz nabyta. Mam tyle ile mam, ale jeśli miałabym mniej, też byłoby dobrze. Dopóki mogę pracować, będę pracować.

Własne środowisko to ważna sprawa. To się nazywa homeostaza, czyli równowaga.

 

WSPARCIE

Zawsze miałam dzikie pomysły. Jestem człowiekiem, który zawsze żył z przyrodą. Moim najlepszym wspomnieniem z dzieciństwa są spacery z Tatą. W każdą niedzielę szliśmy do lasu. Rozmawialiśmy, obserwowaliśmy ptaki, a ornitologia to moja największa pasja i mam ją właśnie po tacie. Wszyscy zawsze ze mnie żartowali, że mam rękę do roślin. Że nie ma takiej rośliny, która zasadzona przeze mnie nie urosłaby. W związku z tym myślałam, że może jakaś biologia, ogrody, ale z drugiej strony może archeologia i historia, może dziennikarstwo! A potem brat poszedł na medycynę, a ja za nim.  

Mama była nauczycielką, tata inżynierem. Na różne rzeczy mogło zabraknąć pieniędzy, ale nigdy na książki. Do tej pory mamy wielki księgozbiór i tylko mole jedzą te książki. Rodzice zawsze nas wspierali i uważali, że w życiu każdego człowieka nauka i wykształcenie to podstawa. Możesz być biedny, ale musisz być wykształcony.

Ale pozwalali nam wybierać. Bali się, martwili i trzęśli się nad nami, ale nie ingerowali w nasze wybory.

 

STAROŚĆ

Wszystko zatacza kręgi. Od historii po modę. Mnie zawsze bawią starsze panie wkraczające do gabinetu, 90 lat, fryzura, makijaż i mówią tak: “proszę pani, widzi pani tę torebkę? 30 lat w szafie leżała i znowu modna!”.

My źle oceniamy starszych ludzi w Polsce. Wydaje nam się, że gdy ktoś ma 90 lat to już jest nieżywy. Pamiętam taką historię, proszę sobie wyobrazić, pani Kasia, lat 96, troszkę była słaba, zniedołężniała, miała trudności z chodzeniem, przyszła z wnuczką. Usiadła i mówi, że ma brodawkę łojotokową na policzku i pragnie ją usunąć. Łatwo usunęłam brodawkę laserem, podałam pani Kasi lusterko, a ona na to: “całe życie chciałam to usunąć, aż żal teraz będzie iść do trumny”.

Druga historia. Energicznie wchodzi do gabinetu starsza pani, fryzura, oko zrobione, ubrana elegancko, zamknęła drzwi, rozmawiamy, pytam: “ile pani ma lat?” “Sto. W sierpniu skończyłam.” No zatkało mnie. Wyobrażałam sobie, że stuletnia osoba to zniedołężniała istota, a zobaczyłam bardzo dziarską, zadbaną kobietę! Pyta mnie: “proszę pani, chciałam zapytać czy to jest groźne”, odpowiadam, że nie, że to zrogowacenie słoneczne, że może kiedyś zezłośliwieć, ale to powiedzmy 10-20 lat. “Aaa, to już mi się nie opłaca tego usuwać!”

Uważam, że młodość, dzieci, to wszystko jest piękne. Pracujmy, róbmy wszystko, żeby się rozwijały. Ale nie zapominajmy o tych starszych ludziach, oni mają jeszcze wiele do powiedzenia, to nie są zdemenciałe, zniedołężniałe istoty.

Nie dziwmy się, jeżeli oni mają wyjeżdżać do sanatorium, na wczasy, prowadzić ożywione życie towarzyskie, chodzić do kina, teatru.